Widmo krąży po Europie, widmo Waltera Segala. Nie wiele jest w niej krajów, w którym to widmo było by tak potrzebne, a jest tak blade – jak w Polsce (największy stopień przeludnienia wśród ludzi zagrożonych ubóstwem w UE). Brytyjski architekt James Lingard przeprowadził analizę zasobów mieszkaniowych gdańskiej dzielnicy Wrzeszcz, z której wynika, że aby zaspokoić potrzeby lokalowe mieszkańców należałoby przez kolejne 20 lat budować 1300 mieszkań rocznie. Jednocześnie niewystarczające środki*, które władze Gdańska otrzymały na rozwój budownictwa mieszkaniowego pozwalają na budowę zaledwie 700 mieszkań i to o powierzchni zaledwie 32m.kw. (dokładne dane podaje sam autor). Aby więc zacząć rzeczywiście rozwiązywać problem braku mieszkań, przy tak ograniczonych zasobach* należałoby budować odpowiednią liczbę klitek 17-metrowych albo przywołać widmo Waltera Segala.

Widmo, które krąży po Europie, jest tym bardziej rzeczywiste im częściej młodzi ludzie dostają odmowne decyzje nawet na kredyty 30-letnie, im częściej premierzy otwierają stadiony* i zaciskają cudze pasy, im częściej polityka kształtowana jest tak, by publiczne pieniądze, zanim trafią z pomocą do obywateli jej potrzebujących, musiały przejść przez biurokrację banków i zostać wydane na roszczeniowe marże deweloperów (rodzina na swoim). Widmo oszczędności, które skutkują namacalnymi efektami, które wynikają nie z tępego odcinania a z poszukiwania szans w istniejących już zasobach i skrócenia drogi między źródłem finansowania a gotowym domem. Przy tak ograniczonych środkach*, według architekta, nawet wymuszenie na deweloperze racjonalnej marży, zmniejszenie kosztów budowy i kosztów ekipy budowlanej a także zamrożenie cen gruntów pozwoli uzyskać jedynie 20% oszczędności w przy konwencjonalnej organizacji inwestycji. Zaproponowano więc alternatywne rozwiązanie, nie zważając na subtelności lokalnej polityki i wzajemnych powiązań, zrezygnowano z usług dewelopera, zaproponowana tanią drewnianą technologię budowy, założono darmowy dostęp do ziemi oraz przygotowanie niewielkich mieszkań, które łatwo będzie można rozbudować.

Proste?

No, w zasadzie tak, ponieważ są zasoby i szanse, które można wykorzystać. Po pierwsze ludzie. Technologia, inspirowana metodą Segala, pozwala na ominięcie usług dewelopera i ograniczenie „zawodowej” ekipy budowlanej do minimum. Drewniany szkielet, z lekkich, możliwych do przeniesienia przez ludzi elementów, używający prostych, niewymagających precyzji śrubowanych albo gwoździowanych łączy i suchych technologii pozwala, przyszłym mieszkańcom, którzy nie mają pieniędzy, ale mają czas, na budowę domów dla siebie. Przy okazji uczą się oni nowych umiejętności i – co jest równie ważne – współpracują ze sobą.

Po drugie projekt. Budynki zaprojektowane są na modularnej siatce, która umożliwia oszczędności, pozwala używać elementów budowlanych w podstawowych wielkościach, unikać ścinków i niepotrzebnej pracy. Szkieletowa konstrukcja niewielkiego mieszkania pozwala rozbudować je w stronę podwórka oraz dachu. Obie opcje przyjęto podczas projektowania.

Po trzecie miejsce. Gdański samorząd planując nową Trasę Słowackiego musiał wykupić pod nią działki, mające często granicę daleko poza zakresem inwestycji. Lingard proponuje takie działki wydzierżawić pod budowę osiedli mieszkaniowych, które jednocześnie, dzięki inwestycji drogowej otrzymają łatwy i tani dostęp do miejskich sieci.

Jest to wreszcie modernizm, tak jak projekty Segala, projekt Lingarda posiada wreszcie ten emancypacyjny charakter, który tak lubili, głównie z opowieści, wielcy moderniści. Estetyka budynku podyktowana jest jego funkcją, oszczędnością i konstrukcją, a nie podobieństwem do maszyn. Modularność ma sens związany z oszczędnością i wzrostem dostępności. Dom ma szansę reagować na życie rodziny a nie udawać bakterii a płaski dach rzeczywiście czemuś służy. Wszystkie te modernistyczne marzenia wreszcie nie są tylko celem samym w sobie, nie służą umacnianiu stylu. Od Loosa, przez Segala do Lingarda, ten prosty modernizm cały czas tętni, bo niestety niewiele spełniono z jego marzeń i na szczęście wielu z nich nie zrezygnowało.

W ostateczności, jak pokazuje analiza Lingarda możliwe jest by w cenie*, w której samorząd Wrzeszcz planuje wybudować 700 mieszkań, zbudować ich 1120 a więc zaledwie 180 a nie 420 mniej niż wskazuje zapotrzebowanie w dwudziestoletnim horyzoncie. Oczywiście te abstrakcyjne liczby nabierają znaczenia dopiero przy niespotykanej w Polsce konsekwencji, ale mają też zupełnie banalny sens: mimo wszystko, im więcej mieszkań socjalnych tym lepiej. Warto się zastanowić nad ta analizą i nad tym projektem ponieważ uświadamia jak niewydolny i marnotrawczy jest obecny system budowy mieszkań socjalnych*, a zwracając uwagę na te „twarde” „ekonomiczne” dysproporcje nie będę opisywał nawet tej jakościowej różnicy w projektach, dysproporcji pomiędzy „miękkimi” wartości konwencjonalnego projektu osiedla socjalnego i takiego, który tworzą sami mieszkańcy, który rozwija lokalne więzi i uczy nowych umiejętności. Warto się nad tym zastanowić, bo kiedy mówimy o pomocy społeczeństwa skierowanej do osób jej potrzebujących, kiedy mówimy, że państwo czy samorząd coś da, to przecież oznacza, że na biurokrację i roszczeniowe postawy banków i deweloperów składamy się wszyscy a zrzucić byśmy się mogli na prawdziwą pomoc.

______________

* – ale stadion piękny

 

Reklamy