Some people are so poor, all they have is money

– napis na murze podpatrzony w internecie

Warszawa to cały świat. To co dzieje się w stolicy, ustawia intelektualną modę na całą Polskę, a taką modą dziś jest squatting. A podkreślam rolę stolicy, choćby dlatego, że działania obronne i demonstracja solidarności z Rozbratem – najstarszym i pewnie najprężniej działającym squatem w Polsce, które odbyły się chyba 2 lata temu, które odstraszyły potencjalnych kupujących działki na której stroi squat a więc nie dopuściły nawet do myślenia o jego ewikcji, mimo, że relacjonowane, nie poruszyły tylu głów, co wyrzucenie warszawskich squattersów. Prawdopodobnie śmierć Elby, to najlepsze co zdarzyć się mogło squattingowi w Warszawie i za nim (czyt. zdanie pierwsze) – w Polsce.

Jest akceptacja i jest moda, żeby podkreślić wagę nieformalnych miejsc, punktów przecinających, lub chociaż zakrzywiających ciągłość głównego systemu, tworzących nisze. Squattersi są na blogach, na portalach, w gazetach i telewizji, często obok pean na temat świętych praw własności, lub dzieł star architektów. Prawo mody. Płytkość tej mody – jak sądzę jest równa płytkości mody na różowiutkie rowery czy bary w budynkach poprzemysłowych, ale tworzy społeczną akceptację. Akceptację dla miejsc pozbawiony prawa własności ale nie pozbawionych opieki i radości życia, na zdrową, cichą i miła komunikację miejską, odrzucającą potrzebę zaznaczania swego materialnego statusu wielkością auta i egoizmu czy na wykorzystanie zasobów, które wygenerowały już przeszłe pokolenia.

Powinienem jednak darować sobie te złośliwości, ponieważ moda – choć płytka – jest jednocześnie – jak sądzę – elementem znacznie szerszego, strukturalnego zjawiska. O jednym z najważniejszych fundamentów tej struktury pisze Łukasz Wojciechowski na blogu /NIE/POKOJE, powołując się na Roberta Neuwirth’a mówi, że szara strefa jest drugą, co do potęgi gospodarką na świecie (po USA). „Co więcej, nie jest to wcale rynek zacofany. To tutaj, w odpowiedzi na bezpośrednie wymogi klientów, powstają innowacyjne produkty, nie odbiegające jakością od znanych marek.”

Wyniki tych badań zdają się przeczyć wizjom świata całkowicie poznanego i policzonego (oraz przeliczalnego), euro-amerykańskiego świata zamkniętego w system jasnych procedur (pytanie, czy kiedykolwiek byliśmy blisko tego świata), wygodnego świata konsumpcji dostarczanych dóbr, konsumpcji: kultury, relacji międzyludzkich czy obywatelstwa. Zdają się przeczyć, nie dlatego (lub nie tylko), że on się wali, ale dlatego, że nie pociąga – nie rodzi marzeń.

Chciałem napisać kilka słów o FreeLabie – miejscu, w którym byłem ostatnio. Jednak jest on tak ciekawą (oraz raczkującą) emanacją najbardziej pobudzających wyobraźnię nurtów myślenia/aktywności, a w dodatku wpisuję się w pewien sposób w dyskusję o squatach, że powinienem zacząć właśnie od tych nurtów.

Jest to więc laboratorium technologii dla alternatywnych społeczności. Dynamicznie rozwijającej się technologii „zrób to sam”, technologii 3R, a przy tym technologii nowoczesnych i całkiem zaawansowanych. Są to technologie, zarówno bardzo lokalne – skierowane do niewielkiej liczby użytkowników, oraz wykorzystujące głównie lokalne zasoby, jak i globalne, ponieważ zapleczem koncepcyjnym jest cały świat. To jest ta ważna nowość, to przyspieszenie i nowa jakość działania, które przecież nie jest nowe. Niezwykle trafnie jedna z polskich akcji nazywa się „Zrób to sam 2.0, czyli co zrobiłby Adam Słodowy, gdyby miał dostęp do internetu”. Ponieważ internet, jego kultura i sposób zarządzania projektem stanowi tą różnice. Pisze o tym Marcin Zaród na stronach Krytyki Politycznej. Tą różnicę stanowi także brak przymusu, który napędzał jeszcze działania mojego taty (oczywiście niższa cena produktów DIY czy 3R ma znaczenie) – a chęć. Chęć ominięcia pośredników, chęć poznania zasady, chęć twórczości, świadomość ekologiczna. Posiadanie rzutnika cyfrowego nie rozpala tak bardzo myśli, jak myśl o wykonaniu tego rzutnika samemu. Praca potrzebna na zdobycie pieniędzy by kupić, zmienia się na pracę by wykonać to co byśmy kupili. Jest to uproszczenie, ale do obronienia zwłaszcza w związku z zarobkami młodych ludzi lub ich brakiem. To wszystko jest tak ciekawe w kontekście – z jednej strony indywidualnych wyborów a z drugiej – rozmowy nad powrotem przemysłu do miasta, powrotem do śródmieścia manufaktur, rzemieślnictwa i wysokich technologii (najlepiej w obrębie jednego cyklu produkcyjnego). Nie bez znaczenia jest aspekt popularyzatorski (co wykorzystuje się w fab labach) i możliwość aktywizacji. „Zrób to sam” w mieście, w przestrzeni architektonicznej i społecznej jest zresztą najszerzej oddziaływającym nurtem aktywności, zaczynając od street-artu na zielonej partyzantce miejskiej kończąc. Dam sobie spokój jednak z kulturą zinterpretowaną na prawo i lewo. Najciekawsze wydają mi się te pomysły, które – tak jak technologia – zakładają, oprócz twórczości, aspekty ekologiczne i zaspokajanie materialnych potrzeb – budowie kawałków autonomii (indywidualnej i co trudniejsze – miejskiej). Są to miejskie farmy, w wydaniach osiedlowych, dachowych, balkonowych czy nawet okiennych, są to kooperatywy spożywcze, czy squaty właśnie. Zwłaszcza, te rolnicze działania przypominają, że miasto nie jest obszarem wydzielanym z przyrody, a jest naniesionym na nią skupiskiem ludzkich schronień. Jest częścią przyrody i jest w przyrodzie, pod brukiem jest plaża a nad krakowskim Śródmieściem świecą te same gwiazdy co nad Roztoczem (choć tu ich nie widać).

Najciekawsza jest oczywiście architektura (bo jakże by inaczej?), wpisując się w ten sam nurt co śmieciowa-technika czy domowa bio-technologia, z jednej strony odwołując się do tradycyjnych technik budowy z ziemi, gliny, drewna czy trzciny, a z drugiej świadomie odwołując się do idei ekologii, korzystając z części zasad architektury pasywnej, wiedzy wynikającej z fizyki budowli, czy śmieciowych, nowoczesnych technologii (panele słoneczne, wiatraki). Jest najciekawsza, ponieważ wszystkie inne nurty mają w niej istotne znaczenie: DIY, wykorzystanie domu do produkcji żywności, włączenie go w cykl przyrody czy wykorzystanie alternatywnych technologii. Architektura ma taką właściwość, że w gruncie rzeczy wszyscy projektujemy jeden dom, jedną halę sportową (od modernizmu) i jeden kościół, jeden ratusz (od średniowiecza) a internet, przestrzeń do wymiany informacji, kontaktu, burzy mózgów tylko to zintensyfikował. Świetnym przykładem jest dynamiczna Grupa Cohabitat, która niezwykle często omawia swoje projekty na forum, wykorzystując rady i odpowiedzi. W ten sam sposób, FreeLab rzucił w przestrzeń powszechną prośbę o pomoc.

Ciekawe jest jak wiele z tych działań ma ma charakter anarchizujący, jak Bakunin wypływa różnymi porami kapitalizmu. Jak – o dziwo – ma się on dobrze, i jak wiele zapłodnił umysłów, by nie sądziły nawet, że te idee ktoś kiedyś wymyślił. Oczywiście – i to, w związku z tym, co napiszę dalej trzeba podkreślić – daleko nam do anarchizmu jako zasady samoorganizacji społeczeństw (w nie których dziedzinach nawet coraz dalej), kapitalizm ma się nieźle, przetrawił, spłaszczył i sprzedał pewnie każdą z anarchistycznych idei. W tym kontekście interesujące są zdania, że – tak lewacki przecież – maj’68 był faktycznie rewolucją neoliberalizmu, zajęciem przez kapitalizm przestrzeni, które się mu jeszcze opierały (zależności feudalne, rodowe, paternalizm itd.), stąd ta łatwość zamiany okupowanej Sorbony, hippisowskiej komuny na gabinet na ostatnim piętrze.

Jednak doświadczenia maja wzbogaciły głowy przyszłych menadżerów i wiele z przestrzeni gospodarczych (mniej społecznych i jeszcze mniej politycznych) – najczęściej ze szkodą dla ludzi a zyskiem dla kapitału/wydajności było anarchizowanych (np. umowy śmieciowe jako wyraz wolności pracownika względem pracodawcy, deregulacja godzin pracy czy rożne zabiegi podnoszące wydajność, pozornie dające większą wolność lub wpływ na firmę). Jednak anarchistyczna pożywka, która przez 30 lat pompowała mięśnie systemowi – wydaje mi się, że staje się jego trucizną, rozwijając, reanimując i uwspółcześniając (min. za pomocą idei ekologii) oddolne ruchy, które w zachodnich państwach dobrobytu i wschodnich gospodarki sterowanej zatraciły swój sens wolnościowy a dobite zostały egoizmem neoliberalizmu i postmodernizmu (np. spółdzielnie/kooperatywy, wolne stowarzyszenia, oddolny rozwój technologii, intensyfikacja – głównie dzięki internetowi – wymiany, mnogość światów/systemów). Ruchy, które nie potrzebują wielkiego kapitału i obalają prymat zasad produkcji i gospodarki nad resztą dziedzin życia. Można oczywiście mówić, że to wszytko nie są idee anarchistyczne, tylko: demokracja, partycypacja, społeczeństwo obywatelskie, ekonomia społeczna, nowoczesne zarządzanie itd. Jak kto chce.

___________________

To wszystko, te drobne nici, układają się w sieć o sporym potencjale, jednak moim zdaniem już trzeba zacząć myśleć o tkaninie. O zacieśnianiu współpracy, o tworzeniu węzłów takich – jakim ambicje ma być FreeLab, jakim mogły by być squaty, a jeszcze bardziej o poszukiwaniu dróg ze skali mikro na średnią – miejską skalę. Tego brakuję mi przede wszystkim w książce „Coś, które nadchodzi. Architektura XXI wieku.” książka zdominowana jest – z jednej strony duperelami w stylu namioty czy bazarowe stragany, a z drugiej wielkimi utopiami. Bez średniej skali, bez dyskusji, jak z oddolnymi inicjatywami, posiadającymi rzeczywisty potencjał – choćby kooperatywy, wyjść ze skali mikro na średni pułap i się tego nie bać. Brakuje mowy o spółdzielniach mieszkaniowych, które przecież w międzywojennej Polsce funkcjonowały na zasadach rzeczywistego wpływu na rzeczywistość – z jednej strony i świadomości z jakich podstaw ideologicznych wyrosły – z drugiej. Squat, protest, bazar – to wszystko niezwykle ważne elementy, ale elementy uzupełniające, kryzysowe itd. Spółdzielnie jednego bloku, zamknięte kooperatywy, wielostronna analiza trzech straganów – to pozbywanie się wpływu na rzeczywistość, rezygnacja z tworzenia rewolucyjnego kapitału – jak nazywał to Abramowski. Pamiętając o tym, widząc wiele nadziei w ruchach oddolnych, czekam na książki, gdzie opisy oddolnych technologii przeplatać się będą z opisami rozwijających się dużych spółdzielni mieszkaniowych. A najlepiej, jak będzie to opis budowy domów wraz z częścią przyszłych mieszkańców z lokalnych materiałów i w lokalnych, zhakowanych nowoczesnych technologiach. Chodzi o to, by na koszulce na piersi nosić Abramowskiego a na plecach Adama Słodowego.

Reklamy