Internautom nie podoba się, że na najbardziej imprezowej ulicy w Katowicach można spotkać osoby bezdomne, pod wpływem alkoholu, śpiące na ławkach i zbierające pieniądze. Postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i zorganizowali konkurs tap menl.

Ten wstęp do artykułu z z portalu mm (o, którego przeczytanie proszę przed przeczytaniem tej notki, bo nie opisuję jego treści) mówi bardzo dużo; mówi o tym kto jest beneficjentem „płytkich” rewitalizacji (czyli rewaloryzacji), kto na nich traci, mówi o tym komu miasto jest niezbędne i kto będzie o nie walczył i o tym, że niektórzy pijacy są obywatelami a inni… menelami.

Źródłó: katowice.eu

Przede wszystkim miasto jest, chociaż dynamicznym, to zbiorem zamkniętym, tzn., że jeśli ktoś coś przejmuje, to ktoś coś traci. Jakość zmian w przestrzeni publicznej zależy od stosunku: ile osób zyskuje, ile traci i od tego z czym ci tracący pozostają. Powtórzę więc po raz kolejny: rewaloryzacja przestrzeni miejskiej nie jest rewitalizacją, niewiele zmienia na lepsze życie mieszkańców pobliskich kamienic (często za nowym tynkiem jest wciąż toaleta na półpiętrze) a często jest wstępem do bardzo negatywnych, czy uciążliwych procesów od wprowadzki głośnych klubów po gentryfikację. I przykład ul. Mariackiej w Katowicach jest właśnie takim, bardzo typowym, przykładem na to kto odzyskuje miasto poprzez kostkę brukową i płyty granitowe (o rewolucyjności takich ruchów miejskich – a była to przecież akcja obywatelska – niech świadczy fakt, że kostkę się układa a nie wyrywa).

Architekci mogą znów poczuć moc demiurga, którą otrzymali od pewnych grup mieszkańców, którzy zamierzają dostosować się do kształtów i kolorów ławek, bo przecież pijany, przystojny młodzian, czy równie nawalona modna panna pasują do jaskrawych kolorów stali. Menel jednak wprowadza dysharmonię.

Dla konsumentów miasta ważna jest więc jakość estetycznego opakowania i bojkotem produktów zamierzają tą jakość wymusić. Jak ciekawie zauważył meinglanz pod komentarzami do wpisu na blogu Krzysztofa Nawratka, mają oni za sobą korporacje, „które chcą by miasto przyciągało jak najwięcej tanich absolwentów do BPO. Dlatego samorząd po prostu musi finansować deptaki i hipsterskie imprezy.” Takie przedmiotowe traktowanie miasta i mieszkańców jest powszechne w obecnej „rewolucji miejskiej”; od uznawania każdego placu w obrębie krakowskiego centrum za następny absurdalny „salon” (pl. Szczepański – salon secesyjny) po czyszczenie z meneli Mariackiej. Nawratek dodaje, że wbrew frazeologi administracji miejskiej takie działanie w rzeczywistości nie ma na celu przyciągnięcia „klasy kreatywnej” (pomijając słuszność poglądu, że nie ma w rozwoju miast nic ważniejszego) lecz „utrzymania taniej, młodej, względnie wykształconej siły roboczej dla biur i call centers.”

Oczywiście, podnoszenie jakości przestrzeni publicznej, pojawianie się barów i imprez kulturalnych jest zjawiskiem pozytywnym i działającym (ja sam przeprowadziłem się do Krakowa z Zamościa, tu wykształciłem i tu zostałem dla życia miejskiego), problem jest jak zwykle w zachwianiu proporcji i priorytetów.

Meinglanz piszę w komentarzach pod wspomnianą notką Nawratka i tutaj o tym, że paradoksalnie dla „nowych mieszczan” to ci menele mogą być wsparciem, ale do tego musieli by otworzyć oczy, odrzucić naiwne obietnice systemu o buławie w plecaku i pogardę dorobkiewicza. I ja rozumiem, że można w tych grupach poszukiwać nadziei, na nadanie mieszkańcom miasta podmiotowości, są w końcu bardzo sprawnymi użytkownikami (choćby fb), potrafią się zorganizować (dygr. 1. skutecznie niwelując pozytywną wymowę słowa „oddolna inicjatywa”, dygr. 2. już kilka miesięcy temu warszawskich imprezowiczów oburzał krzyż, który stał im w poprzek drogi-i umieli to ogłaszać), w końcu rzeczywiście miasto jest ich niezbędnym ekosystemem. Piszę to bez ironii, ten wkurw i świadomość może się urodzić, jednak dziś, taki rozkład proporcji między czystą ławką a człowiekiem i pogarda prowincjonalnych „światowców” względem słabszych jest rzeczą godną pożałowania.

Reklamy