Czytam wybór pism Abramowskiego pt. „Braterstwo, solidarność, współdziałanie”. W swoich pismach przedstawiał on pogląd, że rewolucja ma szansę odbyć się po cichu, bez gestów i wyrzeczeń. Zmiana systemu ekonomicznego odbędzie się po prostu wtedy, gdy ostatni kapitalista będzie musiał negocjować cenę artykułów z siecią kooperatyw. Kiedy dojdzie do zorganizowania się poza logiką własności prywatnej i nacjonalizacji a prym wieść będą otwarte spółdzielniami spożywców; silniejsze z każdym kupionym chlebem, z każdym wyjściem do pracy.

Dziś oczywiście wiemy co znaczy „powszechna spółdzielnia spożywców” i łatwo jest machnąć ręką na Abramowskiego – praktyka i myśliciela o zmysłach bardzo wyostrzonych na pułapki socjalizmu. Przewidział on nawet upadek idei kooperatyzmu, zaraz po tym jak spółdzielnia przestanie być świadomą swoich celów istytucją-narzędziem zmiany świata, ambasadorem utopii. Chyba zbyt mało – ten przeciwnik państwa zwracał uwagę na zaangarzowanie państwa w obronę ekonomicznego stanu rzeczy (choćby przez-także dzisiejsze- prawodawstwo preferujące spółki kapitalistyczne i własność prywatną np. powszechne uwłaszczenie). Mimo wszystko, pomimo zniszczenia niezależnej i ideowej, a więc jedynej znaczącej spółdzielczości po wojnie i rozmontowywanie tego co jeszcze zostało po ’89 roku, a właściwie właśnie dlatego, pytanie o codzienność, o to jak sprawić by budzik o godzinie 7 był aktem zmiany świata a nie umacniania niesprawiedliwej rzeczywistości pozostaje w mocy.

Skoro wstaje o 7 żeby zrobić kanapki wyciągnąć rower i pojechać do pracy w biurze architektonicznym to te 8 godzin niech będą aktem naprawy świata, przede wszystkim poprzez projekty ale także poprzez formę pracy, strukturę organizacji, wzajemne stosunki. Spółdzielnia jest jedyną organizacją prawną, która umożliwia tworzenie własności społecznej i demokratyczne zarządzanie. Umożliwia lecz nie gwarantuje. Widoczne jest to szczególnie w pokazanych przez Abramowskiego przykładach wielkich spożywczych kooperatyw i małych spółdzielni rzemieślniczych, które w 2 połowie XIXw. Działały tak jak dziś mogłaby działać spółdzielnie projektowa.

Abramowski przedstawia kooperatywy spożywcze jako zamknięty układ, który sam się napędza, posiada własną dynamikę. Kooperatywa jest tak genialnie prosta ponieważ działa na zasadzie bezbolesnego odkładania się kapitału oraz wspólnym interesie członków. Wszystko opiera się na wygodzie, braku poświęceń, opłacalności i czasie, przy tym nie można zapomnieć, że ta beztroska ma swoje granice i ramy – a są nimi perspektywa budowy demokratycznego, egalitarnego społeczeństwa, które obywa się bez państwowego przymusu.

W każdej większej kooperatywie, a szczególnie w Związku kooperatyw do hurtowych zakupów, są przede wszystkiem kapitały zapasowe, gromadzące się ciągle z zysków handlowych kooperatywy, bez żadnych ofiar ze strony członków. Po wtóre, jest gotowy rynek zbytu na wytwory, mianowicie, własne magazyny i sklepy stowarzyszeń spożywczych, które, jak np. w Związku kooperatyw angielskich lub szkockich, liczą setki tysięcy stałych klijentów-członków. Jest więc dla kogo wytwarzać, bez obawy zastoju; tym bardziej, że kooperatywa i Związek kooperatyw stosują ściśle produkcję swoich fabryk do ilości zapotrzebowań jaka napływa do ich magazynów, opierają swój rynek zbytu nie na przypuszczeniach i konkurencji handlowej, lecz na statystyce, obliczającej rzeczywisty popyt, i nie potrzebują ani szukać ani zdobywać nabywców, gdyż mają ich gotowych i zorganizowanych. Z samej także natury stowarzyszenia spożywczego wynika, że niema ono żadnego interesu, ażeby ograniczać liczbę członków i stworzyć monopol pewnej grupy. Przeciwnie, każdy nowy członek jest nowym nabywcą towarów stowarzyszenia, rozszerza zakres jego handlu i przysparza jemu dochody, i dlatego stowarzyszenie spożywcze dąży do ciągłego rozszerzania się, do przyjmowania jak największej liczby członków, co jest iem łatwiejsze, że nie jest ono organizacją fachową lecz spożywczą i jako taka może skupiać w sobie wszelkiego rodzaju ludzi, gdyż spożywcą jest każdy człowiek.

Ten fragment stanowi o istocie problemu spółdzielni „fachowych” zwłaszcza sprzedających rzadko, pracochłonne towary (np. projekt) i wymagające zamówienia. Brak tu „ludowego kapitału” brak tu drobnych składek, brak tu wierności swojej kooperatywie (odpłacanej w postaci dywidendy zależnej od wielkości zakupów), brak tu codziennego kupowania i przepływu pieniędzy. Ciężko wyobrazić sobie spółdzielnię architektoniczną (projektowo budowlaną, artystyczną, itp.) jako otwartą i czerpiącą siłę z tej otwartości. Ciężko też wyobrazić ją sobie, że jej członkowie będą jej klientami.

DALEJ->