Juhu i hura – jak mawiali antyczni

Dwa tygodnie, dwa ważne wydarzenia (jak sadzę, nie tylko dla mnie), w których brałem udział. Przede wszystkim i po pierwsze w kolejności chronologicznej – świetna atmosfera i niecodzienna forma konkursu na projekt wnętrz domu kultury Inspiro w Podłężu k.Niepołomic. Olbrzymie brawa należą się za odwagę i otwartość całemu zespołowi Inspiro, bo konkurs, który zakłada warsztaty partycypacyjne, poznanie miejsca, ludzi i codzienności budynku, którego wnętrza będzie się projektowało, wysiłek,  poświęcenie czasu i środków poczyniony przez organizatorów, żeby projekty konkursowe były jak najbardziej „ludzkie” i wreszcie osobiste relacje – to rzadkość. Oczywiście, już wcześniej wykorzystywano tą metodę projektowania, ale najczęściej była to decyzja projektanta, a nie organizatora.

Wielkie brawa należą się za to, że konkurs w tej formie zorganizował dom kultury, niezależnie od wielkich instytucji, „modelowości” konkursu, unijnych projektów, ustaw itd, itp. Ot, po prostu i bezpretensjonalnie. Dla mnie to znacznie więcej niż np. patronat ministerialny, bo oznacza, że dobre rozwiązania mogą stać się normą. Jeśli chodzi o same warsztaty (szczegółowe relacje na stronie konkursu): jedne były lepsze inne gorsze, ale jako całość – było bardzo dobrze. Sporo wiedzy i sporo zabawy (najlepsza to ta  z dzieciakami oczywiście). Teraz tylko/aż podnieść bagaż i zabrać się do pracy.

źródło: DK Inspiro

Po drugie, pół tygodnia później, w Warszawie zostało założone, po jednomyślnym przegłosowaniu, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Budownictwa Naturalnego (tymczasowy adres fb), które za swój cel stawia sobie przede wszystkim promocję i kształtowanie ram prawnych dla budownictwa z materiałów naturalnych i – eh, te dyskusje -  nisko-przetworzonych (o stanie prawnym na dziś, można przeczytać tutaj) ale – co dla mnie bardzo ważne – mając cały czas na uwadze problemy ekonomii społecznej, problemy tworzenia miejsc pracy i rozwoju zawodowego osób wykluczonych.

Spieszę donieść o tym wszystkim, ponieważ z obu tych wydarzeń jestem bardzo zadowolony. Oba – mam nadzieję – wniosą, w różnym stopniu, nową jakość do codziennej i szerokiej praktyki budowy i projektowania budynków dla ludzi.

Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.


 

Minimalizm cz.3,4,5

Część trzecia: Przestrzeń

Architektura minimalistyczna jest architekturą ścian. Pełne ściany z minimalną ilością drążeń, które dzielą, które kryją tajemnice. Minimalistyczne budynki są zamknięte w sobie, są tworami introwertycznymi otwartymi jedynie na wewnętrzną przestrzeń, wewnętrzne życie domu czy galerii. Są to budynki oddzielone od hałasu miasta, od tętniącej ulicy, ciekawości  przechodniów, budynki które na pierwszy rzut oka nie zapraszają, ukrywają wejście.

Architektura minimalistyczna operująca niewielkimi przestrzeniami zamkniętymi w półmroku i kontrastującymi z jasnymi niewielkimi oknami działa na człowieka grą płaszczyzn, otwartymi dużymi przeszkleniami, i masywną ścianą betonową, zamknięciem przestrzeni i poczuciem bezpieczeństwa, własności, poczuciem bycia u siebie wbrew i naprzeciw otaczającego świata.

Kontrastowa jest zazwyczaj zewnętrzna forma budynku jawiąca się nierzadko jako betonowy bunkier czy szklany kryształ bez wejścia, uniemożliwiający poznanie jego tajemnic. Takie są budynki Rafaela Moneo – Kursaal Culture Center, galerie Zumthora czy domy Ando. Wszystkie te budynki żyją wewnątrz siebie nie ukazując życia obcym, trwają, nie krzyczą, nie nawołują, nie działają na zmysły przechodniów wzmacniają emocje, tajemnice ale także monumentalne poczucie siły, trwałości i odosobnienia.

Czytaj dalej…

Minimalizm cz.2

Część druga: Forma

1.Oddalenie

Oczyszczanie formy i upraszczanie jej przez artystów z kręgu minimal artu miało dużo głębsze konsekwencje niż zastosowanie elementarnych brył  przez modernistów, dużo głębsze niż rezygnacja ze zdobnych detali i sztukaterii. Filozofia minimalizmu zanegowała tworzenie dzieł sztuki by je oglądać. C. Andre tak pisał o swojej twórczości: „Nie chce zrobić nic co mogłoby zainspirować odbiorcę do myślenia, lub uderzało po oczach. Lubię takie prace, że kiedy znajdziesz się z nimi w pokoju a zechcesz je zignorować to możesz spokojnie to zrobić”1, jeszcze dobitniej ideał minimalistów przedstawia Donald Judd komentując zbiorową wystawę rzeźby (m.in. T. Smith, A. Truitt, R. Morris). Napisał on iż ”nie było tam niczego do oglądania” i był to wyraz uznania.
Dzieła minimalistyczne są więc tworzone tak by od widza uciekać, a nie mu się narzucać. „Ten właśnie aspekt przykuwa uwagę minimalistów, wychodzą oni bowiem z założenia, że każdy trójwymiarowy przedmiot przede wszystkim pochłania, zagarnia dla siebie przestrzeń, w której obserwator porusza się, przebywa i współegzystuje z rzeczami, a status dzieła sztuki niczego nie zmienia w tej relacji”2 Wystawy rzeźby minimalistycznej były tak komponowane, iż dzieł: „w ogóle można-stojąc na środku móc nie zobaczyć na co zwraca uwagę Lynn Zelevansky”3 a architektura minimalistów tworząc kameralne wnętrza pozostawia wiele pustej przestrzeni. I tak mimo, że Kościół Światła autorstwa Tadao Ando jest bardzo małym obiektem, to jednak pozostawia wiernym wiele przestrzeni na myślenie, na spotkanie z Bogiem, nie zalewa nadmiernymi kształtami czy kolorami, bo przecież w tym małym pomieszczeniu musi zmieścić się i człowiek i Bóg, a skala winna odpowiadać im obu.
Architektura, jak i sztuka minimalistyczna pozostawiając surowe formy pobudza wyobraźnię mimo niektórych, sprzecznych zamierzeń twórców. Świetlówki-rzeźby Flawina czy przestrzenie tworzone przez Barragana z całą mocą swej nieścisłości i niedopowiedzenia działają na wyobraźnie odbiorcy. Tadao Ando odrzucając po części filozofie minimalizmu twierdzi, że: „próbowałem osiągnąć umowność konstruując przestrzeń, którą ludzie użytkują. Dlatego jeśli o umowności (symboliczności) architektury, nie mam wcale na myśli powierzchownej dekoracji. Tym, co starałem się osiągnąć, jest przestrzenność, która stymuluje ludzkiego ducha, budzi wrażliwość i dociera do głębi duszy. Aby móc tworzyć umowność, trzeba zmobilizować zarówno rozum, jak i intuicję, poszukując przestrzeni, która będzie nowym odkryciem.” Tak więc w przeciwieństwie do rzeźb Andre przestrzeń Ando ma za cel działanie na zmysły odbiorcy, tajemnicą, ucieczką, półcieniem. Jest ona minimalistyczna formalnie,  jednak nie odarta z treści które odbiorca łatwo czyta, nie narzuca się, nie odbiera tak ważnej dla minimalistów przestrzeni ale też nie znika. Czytaj dalej…

Minimalizm cz.1

Nieźle. Na tym blogu – apoteozie miejskiego bajzlu, napisów na murach, budowy metodą gospodarczą, różnorodności, nawarstwianiu znaczeń i zupełnie przyziemnej wesołości, dziś tekst o pustce, esej o niczym.

Tekst powstał jako esej do projektu studenckiego*, ma minimalny związek z tematyką bloga,  ale może ktoś znajdzie przyjemność a innemu się przyda.

Część pierwsza: Wstęp

1.Problem nazwy

Minimalizm jako kolejny kierunek w sztuce XX wieku, niezwykle płodnego w różnorakie odłamy, podziały i rewolucje, w niezliczoną ilość manifestów zaczynających świat sztuki „od nowa”, od manifestu futurystów z roku 1914 gdzie czytamy że „architektura uwalnia się od tradycji i tym samym musi wszystko zaczynać od początku”1 po manifesty współczesnych biomorfistów czy grupy MVRDV, narodził się w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych Ameryki. D.Batchelor tak pisze o minimalizmie: ”Problem z minimal artem polega na tym , że nigdy go nie było. Co więcej większość artystów, których łączy się zazwyczaj z tym terminem, uważa go za pozbawiony znaczenia lub najgorszy z możliwych, wprowadzający tylko same nieporozumienia. Tym niemniej, trójwymiarowe prace tworzone przez pewnych artystów, osadzonych w Nowym Jorku, pomiędzy 1963 a 1965 rokiem, miały tak wiele wspólnych cech, że były komentowane, wystawiane i przedstawiane publiczności, jako coś w rodzaju kierunku w sztuce”2 Brak definicji nurtu, a także niechęć czołowych jego przedstawicieli do wspólnych teorii i etykiet generuje problem nazwy.
Maria Hussakowska tak pisze o tym problemie: „Kłopoty z nazwami to specjalność historyka sztuki zajmującego się wiekiem XX. Śledząc zdarzenia i powiązane z nimi terminy, co jakiś czas ulega złudzeniu, że znalazł wytrych, dzięki któremu opanuje dany obszar. Słowa-często zamiast otwierać jakieś drzwi do uporządkowanej przestrzeni-okazują się bezużyteczne.”3 Tak więc i w tym przypadku-szeroko pojętego minimalizmu-nazwa kierunku raczej przeszkadza niż pomaga artystom i raczej zaciemnia niż tłumaczy ich poglądy. Hussakowska w tej samej książce pt.: „Minimalizm” pisze iż ta „chorobliwa” niechęć czołowych artystów nowojorskiej awangardy (Dan Flavin4) do nazwy wygenerowała nową etykietę, nieco zmienioną: minimal art. „Te warunki lepiej spełnia minimal art., który nie wywołuje skojarzeń z –izmami, tak źle, wręcz alergicznie przyjmowanymi zwłaszcza w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.”5
Mimo niechęci do szerokiej etykiety minimalizmu, ale także dystansu do minimal artu słowa te, zaczęły robić wielką karierę na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jako „dość nonszalanckie odwoływanie się do szerokiego pojęcia minimalizmu, w którym sens kontekstowy spychany jest na margines, a nazywa się tak wszystko co pozbawione ozdobników, wzbogacających detali: od wystroju wnętrz, poprzez modę do zjawisk w obszarze sztuki galeryjno-muzealnej i muzyki z pogranicza muzyki poważnej.”6 Takie też znaczenie sztuki, architektury surowej i zimnej, pozbawionej detali i ozdób przylgnęło do rodzącej się w tych samych latach a w pełni ukształtowanej i bardzo popularnej w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku architektury minimalistycznej. Termin minimal art w tym czasie  „jest nie tylko rozpoznawalny, ale stał się również dostrzegany na różnych frontach-kiedyś wywrotowy, wręcz rewolucyjny został oswojony na skutek spowodowanej upływem czasu akceptacji”7, to oswojenie sztuki, a w szczególności rzeźby minimalistycznej, dzięki kulturze masowej, otworzyło furtkę, tzn. pieniądze inwestorów, dla minimalistycznych koncepcji architektonicznych, nowej estetyki wyciszenia i uspokojenia. Nazwa architektury minimalistyczne jak i same obiekty zrobiły wielką karierę światową, jako następstwo pełnych przepychu lat postmodernizmu.

Czytaj dalej…

Wreszcie, ważny i wyważony głos w powszechnie wałkowanym temacie „sztuk ulicznych”:

stąd: paulbaines.co.uk

Wszystko źle i wesołych Świąt

W przerwie pomiędzy ciocią, przyjaciółmi, Asterixem i krokietami polecam obejrzeć film Mit Pruitt-Igoe, o osiedlu, o którym każdy wie, że  je postawiono i zburzono, by móc obalić modernizm. Wszystko w nim zawodzi: opieka państwa, prywatny kapitał, ludzie, powszechne wyobrażenie o Pruitt-Igoe, architektura… Chociaż ona najmniej – głównie dlatego, że od niej najmniej zależy, wbrew rozpowszechnionej obecnie opinii o ponadprzeciętnej wadze społecznej architektury dziś i w czasach CIAM.

Ja oczywiście mam świadomość znaczenia architektury, mam wiarę w jej siły (dlatego piszę tego bloga), by móc jednak z nich korzystać trzeba znać rzeczywistą ich wielkość, rzeczywiste jej możliwości. Przecenianie jej – jak konstruktywiści wierzący, że same budynki zmienią ludzi – jak i niedocenianie przynosi zazwyczaj opłakane skutki.

To jednak nie Yamasaki i jego koszarowe bloki stworzyły ludziom piekło, i nie on, ani żaden inny architekt i żadna inna architektura ludzi nie zbawi. Ale może pomóc w zbawianiu.

Do filmu, pomiędzy sankami a lenistwem, gorąco polecam wpis z bloga lessmore o St. Louis i Pruitt-Igoe, w którym autor już po raz drugi zajmuje się kurczącym się miastem (pierwszy raz pisał o Detroit), co jest bardzo dobrym wstępem, lub epilogiem filmu.

Na koniec, choć film wesoły nie jest chciałbym życzyć wszystkim wesołych, spokojnych i dobrze spędzonych Świąt Bożego Narodzenia.

 

rower, architektura, zieleń w mieście

Rowerzyści są wszędzie, jak Żydzi, masoni, jezuici i Opus Dei (znalezione na fb)

„Miękka” metoda projektowania

Projektowanie parametryczne dostosowujące obiekt w sposób maksymalny do funkcji, japoński mechanistyczny metabolizm budynków dawniej i dzisiejsze plany tworzenia mechanicznych tkanek z możliwością namnażania się komórek w potrzebnych miejscach, i wreszcie budynki mobilne, wędrujące i pływające – nie zamierzam podważać wiary w postęp ani niepodlegającego dyskusji prawa do snucia utopii, także technologicznych, ale w gruncie rzeczy chodzi jedynie o to, by w odpowiednim momencie nie przenosząc się, dostać dodatkowy pokój. Albo dwa.

Tinggården, źródło:skyscrapercity.com/showthread.php?t=468666

Czytaj dalej…

Słowa

Jak podają polskie media architektoniczne rozstrzygnięty został konkurs URBAN QUALITY AWARD 2011 powołany do życia przez jakiś tam bank i mający za współpracowników niemiecką gazetę zajmującą się arch. krajobrazu – Topos i polską Architekturę-Murator, na najlepszą miejską przestrzeń zaprojektowaną i działającą w myśl zasad zrównoważonego rozwoju. W tym miejscu pojawia się moje „ożesztykurwa”, ponieważ laureatem nagrody została krakowska pracownia Lewicki i Łatak za projekt i realizację Pl. Bohaterów Getta na krakowskim Podgórzu.

Zwycięzcom oczywiście gratuluję, może nie śmiało pytam skąd tak brawurowy pomysł by ten-moim zdaniem bardzo udany-pomnik słać akurat na konkurs, którego tematem jest zrównoważony rozwój – ale jest to ich prawo i nie mnie o tym pisać. Interesuje mnie raczej jury i ich procesy myślowe.

Czytaj dalej…

Wpis zwiera lokowanie produktu.

Wiosenna pogoda za oknem a w statystykach święto: w mijającym miesiącu bloga odwiedzono ponad 1000 razy, co udało się po raz pierwszy. Cieszy mnie to. Dzięki.

Z racji tego, że popsuł mi się rower święto to uczczę tysiącem kroków (które najpewniej w najbliższych dniach zrobię) na tysiąc odwiedzin.o!

Cóż, czasem lepiej iść na kompromis…

…jak napisał pewien elektryk, przesyłając projekt niespełniający żadnego z założeń projektowych. Jest w tym jednak głęboka prawda dnia powszedniego (to Łona śpiewał, że świat jest pełen filozofów), czego przykładem jest nowy budynek wydziałów Biologicznego i Weterynaryjnego, oddany w maju na kampusie Uniwersytetu Rolniczego Nottingham w Sutton Bonington. Budynek jest elementem, większego, dwudziestoletniego projektu rozbudowy kampusu w myśl zasad zrównoważonego rozwoju i jest to ważna jaskółka, która dobrze świadczy o sposobie rozumienia pojęcia „zrównoważony rozwój” przez inwestora. Nowy obiekt uniwersytecki, z laboratoriami, salami wykładowymi, komputerowymi i biurami wykonany jest w zwykłej, żelbetowej konstrukcji szkieletowej, ze ścianami osłonowymi, które to jednak wykonano z paneli szklanych a także prefabrykowanych paneli drewniano-słomianych. Pomysł jest prosty, choć to proste podejście jest innowacyjne. Skoro nieracjonalne jest tworzenie tak dużych budynków użyteczności publicznej w technologi straw-bale w konstrukcji drewnianej, to słoma i drewno zostaną wykorzystane, tylko tam gdzie jest to możliwe i korzystne-w ścianach osłonowych samonośnych. Nic na siłę. Dodatkowo panele, elementy ściany osłonowej zostały wykonane jako prefabrykowane w naprędce i na miejscu zorganizowanej fabryce w formie 4-kondygnacyjnych skrzyń drewnianych wypełnionych słomą i z 2 stron otynkowanych. Prefabrykacja uniezależniła inwestycję od zmiennej pogody i zapewniła precyzyjne wykonawstwo a także szybkie tempo montażu. Pomiędzy nierównomiernie rozłożonymi słomianymi panelami, znajdują się okna ze szklanych modułów.

źródło: worldarchitecturenews.com

Czytaj dalej…

Eksperyment na prowincji

Wielka próba modernizacji kraju, związana z optymizmem gierkowskim urzeczywistniła się m.in. w dalekosiężnym planowaniu. Pomimo znanej wszystkim przaśności i ciągłym wykorzystywaniu substytutów, wynikających często z niedoinwestowania sfery konsumpcji, przyznać trzeba, że często rozwój planowano na mocniejszych podstawach niż w czasach „Polski w budowie” i przeinwestowanej strefy importowanej konsumpcji (niech ktoś mi pokarze, że dziś można zaprojektować budynek użyteczności publicznej bez niemieckiej technologii). Oczywiście na co dzień i „gołym okiem” wiatr optymizmu powiewał właśnie dzięki zakupom licencji i importowi technologii i wzorów, ale równocześnie powoływano do życia projekty, które miały na celu tworzenie lokalnych technologii i rozwiązań opartych o własną kadrę i przemysł. Jednym z takich wielkich, może ostatnich prób modernizacji kraju był rządowy program badawczo-rozwojowy kraju, w którym pod numerem 5 zapisano „Kompleksowy rozwój budownictwa mieszkaniowego”, Program Rządowy   Nr-5 a więc PR-5.

Nie chcę dyskutować w jakiej skali ta przyspieszona modernizacja rzeczywiście zmodernizowała PRL a w jakim rozpoczęła jego odśrodkowy rozpad po roku 1976. Nie potrafię podać także bilansu zysków i strat tego czasu rozbuchanego optymizmu, przy jednoczesnych niedoborach technologicznych ale szczególnie organizacyjnych obśmianych już – i słusznie- po wielokroć. Chciałbym przedstawić jednak dziecko tych czasów i tych planów: program perspektywicznego rozwoju budownictwa mieszkaniowego na lata 1971 – 1990 i jego realną postać a więc osiedle „Nowe Miasto II” w Zamościu. Program rozłożony był na lata 1971-1990. W ramach prac badawczo-rozwojowych prowadzonych na polskich uczelniach opracowano wzorcowe rozwiązania osiedli z zastosowaniem nowych materiałów i technologii ale także norm i standardów (mieszkania dla niepełnosprawnych), które miały umożliwić podniesienie efektywności technicznej i ekonomicznej budownictwa, przy poprawie walorów użytkowych mieszkań. W części zabudowy wielorodzinnej program zakładał „Stworzenie warunków dla budowania 7 300 000 mieszkań” a jego poligonem doświadczalnym były cztery zespoły zabudowy wielorodzinnej: „Stella” w Tychach (proj. dr hab. arch. H.Adamczewska-Wejchert i  dr arch. K.Wejchert), „Białołęka Dworska” w Warszawie (proj. dr arch. Halina Skibniewska), „Chełmońskiego” w Krakowie (proj. prof. Witold Cęckiewicz) i wreszcie „Nowe Miasto II” w Zamościu. Udało się wykonać jedynie ten ostatni projekt, a synonimem gwałtownej rozbudowy tkanki mieszkaniowej są raczej bloki o urbanistyce „pod dźwig” niż eksperymenty przestrzenne późnego modernizmu. Czytaj dalej…

rzut okiem na drogę z lotu ptaka

Na teoriiarchitektury pojawił się wywiad z Oskarem Hansenem z 1977 roku o idei, świadomości i o wyborach na które mają one wpływ. Poniżej zdjęcie człowieka o idee walczącego, znalezione na blogu Filipa Springera.

(fot. Igor Hansen / Archiwum rodziny Hansenów)

A wszystko okraszone nowym teledyskiem Łony – kontrapunktem dla zdjęcia.

 

Projektowanie na terenie katastrofy

Lubie nieomylne teorie, które się nie sprawdzają. Dają one to miłe uczucie, że jednak coś od nas zależy (lub nie zależy nic od nikogo). Lubię teorię Fukuyamy o końcu historii, lubię pretensje Marksa do naukowej nieomylności, do przepowiadania przyszłości, iż globalna północ pokazuje jak wyglądać będzie południe, lubię kiedy względnie niewielkie biuro architektoniczne założone w Caracas podważa zdanie obu tych zakochanych w sobie rozumów.

źródło:u-tt.com

Czytaj dalej…

Czas manifestów

Dziś jest inaczej. Wydaje się, że nie ma już kierunków architektury, jest tylko oryginalność wielkich twórców. Każdy z nich czyni architekturę na swój sposób i nie widać jakiejś jednej teorii architektury, czy nawet prób porozumienia się w tym zakresie. Nie ma zrozumienia między mówiącymi różnymi językami. Zdezorientowani pozostają także naśladowcy. Naczelną wartością stała się nie tyle sama sztuka, zwana architekturą, ile konwencja umożliwiająca przychylne zaakceptowanie nowych kształtów i ich przyjazny odbiór. Jeżeli widz zaakceptuje konwencję, dalsza zabawa staje się przyjemnością, lecz do końca nie jesteśmy pewni opera seria to, czy buffo. Architektura minimum i architektura w pióropuszu bywają akceptowane jednako. Sztuka budowania rzeczy dziś nie jest wyrażeniem plastycznym jakiegoś określonego ideału. Jest wyrażeniem każdego ideału, któremu architekt potrafi nadać formę.

Powyższa opinia prof. Dariusza Kozłowskiego jest zwięzłym i trafnym opisem kondycji współczesnej architektury, pięknej, imponującej, miłej i pustej. Mam jednak nadzieję, że akceptacja takiego stanu rzeczy, zabawa architektów, kończy się wraz z krzykiem ludzi zgromadzonych na placach miast świata. Mam nadzieję na koniec architektury, często niezwykle eleganckiej, pokazującej siłę nowoczesnej technologii, ale pozbawionej refleksji nad celem własnego istnienia, mam nadzieję na koniec architektury której jedyną wartością jest prestiż inwestora i kolejny dowód indywidualizmu i rozmiaru ego twórcy, mam nadzieje na koniec architektury zbyt drogiej, zbyt energo- i pracochłonnej, zbyt irracjonalnej. Mam nadzieje, że upada świat sarmatów gubiących złote podkowy.

Czytaj dalej…

jak kastruje się idee

W czwartek rozstrzygnięto konkurs na dom ekologiczny organizowany przez wydawnictwo Murator. Konkurs był ważny ze względu na bezsprzeczną siłę oddziaływania organizatora i ilość zgłoszonych prac (ponad 90). W związku z tym, że sam brałem udział w konkursie nie będę komentował werdyktu jury.

Pozwolę sobie powiedzieć jedynie, że był to ciekawy konkurs – jak myślę – o dobrze postawionym problemie, ekologicznego budynku wzorcowego-zaczątku powszechnej architektury ekologicznej (jednak zapiski regulaminowe całkiem przekreśliły problematykę zezwalając na dość sporą powierzchnię użytkową (np. minimalna pow. domu była większa niż maksymalna pow. domu objęta nielubianym przeze mnie programem rodzina na swoim) i nie stawiając problemu ceny realizacji itd. ustawiły charakter prac konkursowych na dość wysokim poziomie kosztów inwestycyjnych). Sam konkurs mam nadzieję, okaże się o tyle ważny, że rozpocznie dyskusję o tym czym jest ekologia w architekturze, bo przekrój prac bezspornie pokazuje  jak różnorodne znaczenia może mieć to słowo. I jak ważna jest teraz propaganda.

Ważne, jest także to, że na te 90 prac, kilka wykorzystywało tanią, energooszczędną i społeczną technologię jaką jest strawbale (ta,ta,ta i ta).

Szkatułka z wystawą

Na niedzielne popołudnie proponuję obejrzenie malutkiego budynku galerii w Trondheim w Norwegii. Wydaje się być to ugrzecznioną, bo o konstrukcji z nieodzyskiwanych materiałów (przynajmniej nie zmalałem na ten temat wiadomości) wersją projektów Folke  Koebberling i Martina Kaltwassera, którzy również często wykorzystują nagromadzenie dużej ilości różnorakich, starych okien do budowy fasady budynku. Nie ma tu siły konsekwencji, nie ma jasnego postanowienia problemu jak u Niemców, ale to umiarkowanie, to nie pociągnięcie idei do ekstremum moim zdaniem daje bardzo zgrabne efekty, milsze dla oka niż projekty pionierów. Okna pochodzą z odzysku, z rozbieranego w okolicy biurowca (znów mali budują z odrzuconego kamienia panów), podłoga została wykonana z bruku drewnianego, a konstrukcja z materiałów, które umożliwiają ponowne użycie. Sama przestrzeń ekspozycyjna jest białym prostopadłościanem wstawionym w szklarnie ze starych okien. To połączenie odzysku i modernistycznej czystości wydaje się bardzo ciekawe:

źródło:archdaily.com

źródło:archdaily.com

Cień własny kontenera

Jakiś czas temu na archdaily pojawiła się bardzo interesująca notka dotycząca wykorzystania kontenerów morskich w budownictwie. Przytoczono w niej wszystkie plusy kontenerów; ich cenę, wytrzymałość, możliwość zagospodarowania zalegających w dokach-w zasadzie-śmieci. Wszystko to jest ważne, znane i cenione, kiedy mówimy o architekturze świadomej, zużywającej niewiele energii i niedrogiej, jednak redaktorze archdaily wskazują na wady konstrukcji kontenerowych, podważając kilka schematów myślenia. Przede wszystkim ze względu na materiały stosowane do produkcji pojemników (powłoki mogą zawierać wiele szkodliwych substancji chemicznych, takich jak chrom, fosfor i farby z ołowiem poza tym drewniane podłogi nasączone są pestycydami takimi jak arsen i chrom), kontener powinien być w zasadzie rozebrany do szkieletu stalowego (taki zresztą schemat – użycia pojemnika jako prefabrykowanej stalowej konstrukcji szkieletowej wydawał mi się najsensowniejszy od dawna, inne materiały mogłyby być -tak jak blachy użyte do szalunków. Uderzyć się muszę jednak w pierś i przyznać, że w dyplomie użyłem blachy jako podkonstrukcji ścianek działowych), w notce zwraca się także uwagę na dużą energochłonność prac porządkowych przy kontenerze i to jest dla mnie nie najprzyjemniejszą nowością (rozebranie pojemnika, piaskowanie konstrukcji stalowej, i 2,5 kg niebezpiecznych dla środowiska odpadów, z którymi coś trzeba zrobić i ciężki sprzęt pogrzebny do wykonania szkieletu budynku). Należało by więc zrobić dokładny bilans zysków i strat, zarówno pod względem ceny konstrukcji, jak i obciążenia dla środowiska, wydaje się, że oba bilanse będą korzystne (np. unieszkodliwienie 2,5kg szkodliwych odpadów, powstałych podczas budowy jest i tak lepsze niż składowanie ich w dokach w postaci kontenerów) , ale trzeba przyjąć kilka poprawek przy chwaleniu tej konstrukcji.

Redaktorzy archdaily, zwracają uwagę na zachowaniu rozsądku przy powtórnym wykorzystywaniu odpadów, bo transport takiego kontenera przez wiele kilometrów po to by było ekologiczne, traci sens. Ważna jest zasada lokalności materiału, czasem jest to słoma i glina, czasem jest to kamień a czasem kontener i blacha falista. Trzeba szukać, tego czego jest najwięcej, co jest tanie i się nadaje, a potem budować (redaktorzy archdaily wymieniają przykład krajów rozwijających się, gdzie z racji dużej ilości kontenerów, niskiej ceny robocizny i dramatycznej sytuacji mieszkaniowej, wykorzystanie ich może być racjonalne, ale w portowym Amsterdami również wykorzystano taką konstrukcję).  Bilans zysków i strat jest więc pierwotny w stosunku do materiału.

pionowe klepisko

W trakcie wakacji, w tzw. międzyczasie w moim mieszkaniu wraz ze znajomymi kładłem niewielki fragment tynku glinianego  W całej rozciągłości zajęło mi to 4 miesiące ale spokojnie można zrobić krócej, a wyznacznikiem jest szybkość schnięcia warstw gliny. Nie przedstawiam tutaj tutoriala, jak tynkować gliną, ponieważ zrobiłem jedynie fragment pokoju (w przypadku tynkowania całego mieszkania na pewno wyszło by wiele problemów), raczej ozdobę niż masę, która w znacznym stopniu poprawi klimat wnętrza poza tym nie mam doświadczenia i znajomości (po takie porady odsyłam na forum cohabitatu). Raczej chciałbym pokazać, że pomimo mojego wykonawczego dyletanctwa i ograniczonych możliwości zrobienie tynku glinianego w kawalerce w bloku, w formie w jakiej chciałem nie stanowi żadnego problemu. Jest to więc ulotka reklamowa a nie poradnik majstra budowlanego. Przeszkodą nie jest także cena, która w moim przypadku ograniczyła się do wkrętów i kątowników zamykających 3-centymetrową warstwę tynku. Glinę dostałem za darmo w cegielni Bonarka w Krakowie (dosyć tłusta glina).

Nie podaje żadnych szczegółów dot mieszanki, wykonawstwa, warstw itp., ponieważ nie chcę uczyć błędów. Oczywiście mogę odpowiedzieć na wszelkie pytania jak podszedłem do problemu, ale to już w komentarzach…

Na dowód i zachętę (bo praca jest naprawdę miła i łatwa) zdjęcia:


Czytaj dalej…

Spółdzielczość ze słomy

Link do wywiadu z człowiekiem o nieprzeciętnej ilości energii i umiejętnościach organizacyjnych wokół słusznych idei. Bardzo się cieszę, że naturalne budownictwo, technikę straw-bale łączy on z ideą spółdzielczości. To połączenie wydaje mi się trwałe i co tu gadać… naturalne. Miło będzie iść ścieżkami chociaż trochę już wydeptanymi.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.